Arisland - Seter Irlandzki Mahoniowy, Jadwiga Konkiel


Nowości   |   Historia   |   Nasze Psy   |   Szczenięta   |   Mioty   |   Wystawy   |   Championy

Galeria   |   Literatura   |   Potomstwo Naszych Reproduktorów   |   Setery w Polsce   |   Setery w USA

Sędziowanie   |   Polski Owczarek Nizinny   |   Zespół Unikat   |

Linki   |   Kontakt   |   Księga Gosci












Cruft's widziany po raz pierwszy

Dzień pierwszy, 8 marca 2000r.
Warszawa, godzina 3.30 rano. Zimno, wietrznie, pada drobny deszcz. Nasz autokar z dużym, kolorowym napisem „ATAS’ zaparkował tuż obok Sali Kongresowej. Gdy przybywamy na miejsce, część uczestników wycieczki już czeka. Pierwsze prezentacje, powitania. Sygnał do odjazdu bo w Poznaniu musimy być o 8 rano. Po drodze zabieramy dwie osoby w Krośniewicach. W Poznaniu na Dworcu Głównym dosiada reszta kynologów. Łącznie 22 osoby z różnych miast, począwszy od Koszalina, kościana, Torunia, Łodzi, Warszawy na Bytomiu, Krakowie i Nowym Sączu skończywszy. Ruszamy. Podróż spokojna, oglądamy na video filmy, gadamy o psach, trochę plotkujemy... W Calais jesteśmy o północy. Na kanale sztorm, trochę buja .Basia całą drogę spędza w łazience, część z nas ma nieszczególne miny. Chłopcy z wisielczym humorem oznajmiaja, że byli przed chwilą na górnym pokładzie i sprawdzili ile jest szalup ratunkowych. Starczy dla wszystkich!

Dzień drugi, 9 marca 2000r.
Dobijamy do Dover, oficer imigracyjny pyta o cel naszej podróży. Słowo „Crufts” otwiera nam drogę, ruszamy. Spoglądam na zegarek: mamy dwie godziny opóźnienia, a Hania wie, że dzisiaj są oceniane jej ukochane psy. Byłoby fatalnie gdyby nie zdążyła.” „Najgorszy” jest pierwszy dzień, gdyż nic jeszcze nie wiemy, ogrom targów oszałamia.

Stoimy godzinę w kolejce po bilety. Podobno można je było zamówić dużo wcześniej przez Internet; istniała też możliwość kupna wejściówek na konkurencje finałowe .Były o kilka funtów tańsze. Dzisiaj wstęp kosztuje 8 funtów. Każdy stara się jak najszybciej dotrzeć do swoich ras. Tego dnia ocenianych jest około 4000 psów z grupy toy i utylity. W pobliże ringu shih-tzu docieramy około 10.30.Ocena dopiero się rozpoczęła. Wchodzą właśnie młode pieski z klasy junior.

Po kilkunastu minutach zostaję sama, grupa gdzieś się rozpierzchła. Z aparatem w ręku przeciskam się między stoiskami. Są ich setki. Wzrok przyciągają przepiękne, naturalnej wielkości figury psów odlane w brązie. Na pierwszym planie galopujący greyhound, obok niego jakieś urocze shar-peje, z tyłu bulteriery i jamniki. Tuż obok stoisko z obrazami. Psy wszystkich ras :pastele, olej, grafika ,akwarela – ile dusza zapragnie – w miniaturze i naturalnej wielkości, jeśli życzę sobie, miła pani naszkicuje mi coś od ręki...

Przechodzę obok i z niedowierzaniem spoglądam w stronę kynologicznej księgarni. Parę tysięcy książek ustawionych na kilkudziesięciu stojakach i półkach, ceny od 4 do 120 funtów; jest tez sprzedaż promocyjna, trzy cztery egzemplarze w cenie jednej .Kupuję obiecaną Małgosi Korzeniowskiej książkę „The Irish Setter today” Ta akurat nie jest zbyt droga, kosztuje niecałe 20 funtów. Obok mnie przechodzi elegancka starsza pani. Prowadzi na smyczy pięć yorkshire terierów. Idą grzecznie, jak żołnierze na mustrze. Co jeden to ładniejszy, obroże wysadzane brylantami (sztucznymi??) Naprzeciwko zmierza w kierunku schodów dość dziwna para .Ona całkiem łysa, on ma w wielu miejscach na twarzy złote ozdoby, nawet na powiece oka i w górnej wardze. Na reku niosą ufarbowanego na różowo pudelka. Patrzę za nimi z niedowierzaniem, ale już za chwilę uwagę zwraca coś innego.

Na pobliski ring wchodzą akity. Ewa prosiła mnie o sfilmowanie najlepszych ze stawki .Podchodzę do ringu i zastanawiam się, które z nich to te najlepsze .Czy te największe, czy te najmniejsze, czy te, które są krótkie, czy tez te o dłuższych grzbietach?

Czy mające duże, potężne głowy, czy delikatniejsze i mniej bujnie owłosione ?Kompletnie się na nich nie znam ,to zupełnie nie moja działka Myślę, nagram jej kilka dla świętego spokoju. Nagle patrzę w bok – pani Małgorzata Supronowicz z panem Tomaszem Borkowskim Przylecieli wczoraj samolotem, razem z polską ekipą Pedigree. Pan Tomasz zwalnia dla mnie krzesło. Usiądzie pani obok Małgosi, będzie łatwiej filmować.

Po czterech godzinach spędzonych przy ringu w towarzystwie sędziny i hodowczyni akit zaczynam je ‘widzieć” Udaje mi się czasem wytypować ze stawki te psy które za chwilę wygrają. Stawka jest imponująca. Psy, jakich próżno by szukać na naszych ringach. Dziękuję wreszcie pani Małgosi za cenne rady, rozstajemy się z uśmiechem, bo ocena akit dobiega końca a ja chciałabym jeszcze rzucić okiem na inne rasy.

Dochodzi godzina 16.30.Musimy wracać do autokaru, bo nie zdążymy dojechać do schroniska na kolację. Ironbrigde GEORGE, gdzie mamy rezerwację, jest oddalone podobno około 40 km od Birmingham ?Po trzech godzinach błąkania sie na autostradzie i szukania właściwego zjazdu udaje nam sie dotrzeć na miejsce. W egipskich ciemnościach wyłaniaja sie zarysy jakiejś ogromnej, smętnie i ponuro wyglądającej osiemnastowiecznej budowli. Pierwsze skojarzenie dotyczy „Ziemi Obiecanej” i ceglastoczerwonych fabryk z filmu. Patrzymy na siebie cokolwiek niepewnie.

Wewnątrz doznajemy bardzo miłego zaskoczenia. Elegancki, przestronny hol, czyściutko, pachnąco, współczesny wystrój wnętrza. Sześcio- i ośmioosobowe pokoje. Warunki całkiem znośne, szczególnie że cena do przyjęcia. Jest to typowe schronisko młodzieżowe, przystosowane również dla osób niepełnosprawnych. Okazuje się, że mieszkamy w zabytkowej XVII- wiecznej fabryce porcelany, której zewnętrzną elewację pozostawiono w stanie nienaruszonym. Na ścianach jadalni wiszą stare ryciny, a w rogu pomieszczenia wyeksponowano formy do wypalania gliny.

Na obiado-kolację otrzymujemy kilka ciepłych dań do wyboru, całkiem smacznych jak na osławioną angielską kuchnie, a na deser pyszną ciepła szarlotkę z dużą porcją lodów. Pychotka!

Dzień trzeci, 10 marca 2000r.
Pobudka o 7 rano. Pogoda przepiękna, jak często o tej porze roku w Anglii. Wyglądam przez okno i podziwiam przepiękny krajobraz roztaczający się z okien fabryki. Jesteśmy nad samym brzegiem rzeki, wszystko aż tryska świeżą zielenia, na stokach kwitna żonkile, tulipany i forsycje. W oddali widać słynny most – pierwszy żelazny most na świecie, stąd nazwa miasteczka – IRON BRIDGE. W pośpiechu zjadamy śniadanie i wyruszamy w drogę. Okazuje się, że wczoraj wybraliśmy najdłuższą trasę i nadrobiliśmy prawie 60 km, zupełnie niepotrzebnie!

Dzisiaj ważny dzień ,bo występują moje ukochane psy z grupy gundog – setery. Na dzisiaj zgłoszono prawie 5000 psów .Seterów irlandzkich ponad 400,seterów angielskich około 280,seterów irlandzkich czerwono-białych ponad 100 i niewiele mniej niź 200 gordonów. Tyle udało misie wyczytać z katalogu. Psy i suki oceniane są osobno, przez dwóch różnych sędziów, na oddzielnych ringach. Obejrzeć wszystkich fizycznie nie dam rady, więc decyduję się na oglądanie psów – seterów irlandzkich. Zajmuję jedyne jeszcze wolne krzesło przy ringu i w pośpiechu wyciągam kamerę.

Ocena już sie rozpoczęła. przegapiłam bardzo ciekawa klase weteranów, w której występują największe sławy w rasie, a w tej chwili mam na ringu szczeniątka w klasie puppy.

Bardzo ciężko jest skupić się na eksterierze psów widzianych po raz pierwszy w życiu, nagrywając je na żywo i jeszcze dodatkowo robiąc zdjęcia. Chcę jednak maksymalnie wykorzystać pobyt tutaj. Numery startowe nic mi nie mówią ,a nie mam czasu, aby zajrzeć do katalogu, bardzo brakuje mi suflera. W pośpiechu przegapiłam brata ubiegłorocznego zwycięzcy Cruftsa oraz ojca psa, którym niedawno kryłam swoją sukę.

W każdej stawce po kilkanaście psów, większość dużej klasy. Są tez ‘pety’, które z pewnością nie powinny się tu zjawić, ale tych jest garstka. Przeważają psy średniej wielkości o pięknie wymodelowanych głowach, dość ciemne, z dobrym włosem, lekko falującym w okolicy portek i ogona. Wszystkie bardzo do siebie podobne, nie ma takiej rozmaitości jak w Europie, na kontynencie Ani jednego, rzecz jasna psa amerykańskiego. Niesłychanie silne jest u Anglików poczucie wyższości. Prawie wszystkie psy są doskonale przygotowane do wystawy (pominąwszy inny trochę niż u nas sposób trymowania) zamierają na hasło „stój” w pozycji wystawowej. Wystawca ma na zaprezentowanie swojego psa tylko kilka cennych chwil. Każdy z psem robi zaledwie jedno kółko, potem zwrot od sędziego i z powrotem, krótkie zatrzymanie się – i następny...

Po jakimś czasie zaczęłam orientować się w sposobie i tempie sędziowania na tyle dobrze ,że w chwilach, gdy wychodziła na ring nowa stawka, miałam czas na pośpieszne obejrzenie pozostałych ras seterów Mimo to, anglików nie widziałam prawie wcale, zreszta Hanka z Przemką i Darkiem mieli im robić zdjęcia, z kolei Ola i druga Hania z pewnością nie spuszczały oka z gordonów.

Podczas krótkiej wizyty na sąsiednim ringu dopadłam jakiegoś przepięknego setera irlandzkiego czerwono-białego i jako jedynemu zrobiłam zdjęcie. Okazało się potem, że pies ten zwyciężył w swojej klasie, miałam więc albo tak dobre oko, albo po prostu dużo szczęścia. Podobnie było w przypadku pointerów.

Jedyne dwa psy, które zdążyłam sfotografować, wygrały potem wystawę, otrzymując CC i Res CC. Dochodzi godzina 15.Po skończonej ocenie seterów wyruszyliśmy z Darkiem na poszukiwanie Hanki. To na Crufcie wcale nie takie łatwe jakby się wydawało .Można przez cały dzień krążyć obok siebie i nie spotkać się. bez umówienia się w konkretnym miejscu o określonej godzinie .Znaleźliśmy wreszcie Hankę pomiędzy stoiskami obsługiwanymi przez Kluby Ras .Akurat rozmawiała, bardzo zaaferowana, z hodowczynią gordonów u której wstępnie zamówiła szczeniaka.

Wyruszyłam na dalsze zwiedzanie targów Zatrzymałam się dłużej przy ogromnym otoczonym kwiatami ringu agility .Niepodzielnie królowały tam border collie. Poruszały się jak sprężynki, wykonując skomplikowane zestawy ćwiczeń z zapałem i radością. Burza oklasków po każdym wystepie. Przy ringu tyle osób, że nie sposób było przedrzeć się przez poczwórny kordon widzów. Zerknęłam w górę, gdzie na ogromnym telebimie wyświetlano to, co działo się właśnie na ringu.

- Chodź, pokażę ci coś ciekawego, ktoś pociągnął mnie za rękę. Okazało się, że Ania odkryła stoisko antykwaryczne, gdzie za jedną czwarta ceny można było kupić w doskonałym stanie najróżniejsze książki o psach. Najdroższe były stare, oryginalne roczniki Klubowe sprzed kilkudziesięciu lat.Za niecałe 10 funtów kupiłam książkę o amerykańskich seterach, która w innej hali, na stoisku z literaturą współczesną kosztowała dwukrotnie drożej.

Przed zupełnym opadnięciem z sił uratowała nas kawiarenka Pedigree. Jako członkowie należący do tego Klubu i posiadający ważne karty możemy korzystać z takich dobrodziejstw.

Każdy z nas liczył się z groszem, a najtańsza kanapka na targach kosztowała ponad 3 funty, malutka filiżanka kawy 1,5 funta a miseczka sałatki owocowej 5 funtów.

Po wejściu do kawiarenki mój wzrok przyciągnął uczepiony przy stoliku wyjątkowej urody irland. Zobaczyłam też panią zbliżającą się do psa. Ależ to Jackie Lorrimer, więc ten pies to najprawdopodobniej SH.Ch. CASPIANS INTREPID, ubiegłoroczny Zwycięzca BIS na Crufcie, a ponadto ojciec mojego najnowszego importa z Anglii –Shandwick TOPAZA.

Pani Lorrimer nie miała dla nas zbyt dużo czasu, gdyż za chwilę spotykała się z ekipą telewizyjną na nagranie, ale chętnie pozowała mi do zdjęcia .Była zaskoczona,że szczeniak po INTREPIDZIE jest w Polsce. Zauważyłam, że wśród ludzi odwiedzających wystawę jest spora grupa osób niepełnosprawnych, poruszających się na nowoczesnych wózkach elektrycznych. Prawie w każdym przypadku takiej osobie towarzyszył pies. Co więcej, na ringu również zdarzyło mi się zobaczyć starsza panią wystawiająca retrievera. Nikogo taki widok nie dziwił, a wyszkolony do poruszania się obok wózka pies zaprezentował się doskonale. Minęła nas dziewczynka na wózku, z dwoma maltańczykami na kolanach, a potem urocza starsza pani z labradorem. Nieśmiało spytałam, czy nie miałaby nic przeciwko zrobieniu im zdjęcia? Nieznajoma chwilę zawahała się, ale z czarującym uśmiechem pozowała mi.

Nie wiadomo skąd zjawiło się nagle kilka osób z naszej grupy: Hanka, Ola ,Darek i Ania. Po półgodzinie wspólnych zakupów śmialiśmy się bez opamiętania, jak wariaci, a nasza wesołość udzieliła się starszemu Anglikowi również robiącemu zakupy .Zauważyłyśmy z dziewczynami, że większość angielskich dżentelmenów to bardzo przystojni panowie.

Nasza sympatia została chyba odwzajemniona, bo anglik skomplementował nasze towarzystwo ,mówiąc, ze dawno nie spotkał tak pięknych i pełnych wdzięku kobiet.

Zanim wymieniliśmy wzajemne uprzejmości z przerażeniem zauważyliśmy, że dochodzi 17,a umówieni byliśmy przy autokarze o 16.30. Zdyszani dobiegliśmy do autokaru w momencie gdy zegar wybijał piątą po południu. Cała grupa karnie czekała i powitała nas pełną wyrzutu, złowieszczą ciszą.

Dzień czwarty, 11 marca 2000r.
Odpuściliśmy sobie dzisiejsze zwiedzanie targów .Po prostu. Na Cruftsa pojechało tylko kilka osób, których rasy były tego dnia wystawiane. Sobota to dzień psów z grupy working. Zgłoszono około 4500 egzemplarzy.

Poprosiłam Wiesię, aby poszukała dla mnie jakiejś książki o bobteilach .My z grupą idziemy pieszo do oddalonego o niecałe dwa kilometry miasteczka Zwiedzamy Iron Bridge.Jest to urocze, malownicze miejsce, położone na kilku wzgórzach otaczających rzekę Silver, którą przedzielają dwa mosty. Jednym z nich jest wspomniany wcześniej, słynny Most Żelazny a drugi został zbudowany kilkanaście lat temu i nie wyróżnia się niczym szczególnym .Maszerujemy poboczem drogi, podziwiając domki wyglądające jak z bajek dla dzieci, otoczone setkami kwitnących krzewów, na trawnikach, dachach, balkonach, słupkach i werandach. Nawet przy drodze rosnące dziko kolorowe prymulki, magnolie i bzy. Pełnia wiosny .Ciepło, prawie 20 stopni. zdejmujemy ciepłe kurtki. Wczoraj, dzwoniąc do domu dowiedziałam się, że u nas śnieg i prawie sześć stopni poniżej zera.

Na skrzyżowaniu dwóch ulic sklep ze starociami. Wchodzimy. Nagle otacza nas atmosfera XVII Anglii .Na ścianie naprzeciw wejścia zabytkowe zegary, po 500 funtów każdy, obok nich stoi wielkie zabytkowe łoże sprzed ponad 200 lat, ręcznie rzeźbione w róże i powoje, za bagatelka 16 tys funtów. Ręcznie malowana porcelana, srebrne sztućce, flakony i serwisy do herbaty, stare obrazy w zabytkowych ramach, pożółkłe fotografie, grube dywany i klasyczne ręcznie rzeźbione meble z mnóstwem zakamarków, sekretnych schowków i szufladek.

Hania kupuje obrazek z gordonem, Ola decyduje się na porcelanowego pieska, mnie z kolei zauroczył serwis do kawy składający się z tacy, dzbanka, cukiernicy i czajniczka. Wracamy do schroniska przed 18.Kilometry przebytych dróg dają o sobie znać. Mamy na dzisiaj dosyć .Nawet nie chce nam się iść do „Robin Hooda” na piwo. Jutro ostatni, najważniejszy dzień wystawy. Wybory w grupach, konkurencje finałowe i Best In Show.

Dzień piąty, 12 marca 2000 r.
Pobudka o 6 rano. Suchy prowiant na drogę, łyk kawy. Na Crufcie tłumy zwiedzających. Trudno dostać się do wejścia .Dzisiaj są oceniane hounds (min:charty i teriery), w sumie 4800.Borzoje to ukochana rasa Wiesi. Od kilku lat charty rosyjskie bardzo mi się podobają, kiedyś przed laty miałam nawet suczkę tej rasy.

Podobnie jak w przypadku akit, tutaj również bezcenne okazują się rady sędziego-hodowcy. Po dniu spędzonym przy ringu borzoi, zaczynam inaczej patrzeć na sylwetkę charta. Umiem ocenić już ruch, budowę głowy, linię grzbietu i gatunek włosa. Wiesia jest w swoim żywiole, spotkała mnóstwo znajomych, jest rozpoznawana i witają ją angielscy hodowcy. Przystojny anglik pojawia się z tajemniczym prezentem. Wiesia ma dylemat, czy zostać do końca, zaliczyć finały, a jutro oglądać z nami Londyn, czy przyjąć zaproszenie angielskiej hodowczyni, która ma swój kennel niedaleko Birmingham. Wreszcie podejmuje decyzję i umawia się na obejrzenie 85 borzoi, w tym kilku suk ze szczeniętami .Wcale się jej nie dziwię .Umawiamy się na poniedziałkowy wieczór nad Tamizą. W pobliżu sfinksów i słynnej iglicy.

Dochodzi 14.Po drodze do hali 5 trafiam do galerii Cruftsa, gdzie można obejrzeć skarby specjalnie na ten dzień wypożyczone z archiwum Kennel Clubu. Są to unikalne dzieła, min:obraz z XVIII w, przedstawiający grupę ośmiu czy dziewięciu seterów angielskich, oraz prawie 40 centymetrowej wysokości rzeźba ukazująca dwa sekundujące wyżły :pointera i setera, wykonana z czystego srebra.

Części muzealnej pilnuje kilku ochroniarzy. Srebrna rzeźba jest umieszczona w specjalnej gablocie kuloodpornej. Niedaleko mieści się stoisko ze srebrnymi gadżetami .Każdy może tu znaleźć coś dla siebie.Sylwetki psów przedstawiające ponad 100 ras, każda za około 100 funtów. Nic tylko wybierać .Zaraz za stoiskiem ze srebrem sklep z porcelanowymi figurkami .Mój wzrok przyciąga rewelacyjny pointer w stójce. Nie mniej piękny jest seter angielski. Z zazdrością patrzę na statuetkę dwóch seterów irlandzkich wystawiających kuropatwy .Mogę ją mieć za 56 funtów. Po drugiej stronie hali stoisko z pamiątkowymi rozetami, a nawet pucharami mającymi wygrawerowane napisy „Najlepszy na Cruftsie ”Można za niecałe 20 funtów pochwalić się znajomym „sukcesem” naszego psa. Puchar z Cruftsa to jest coś!

- Tutaj nawet skarpetki i pampersy są w pieski – podsumowuje Agata .Przyszła przed chwilą .Jest dziwnie przygnębiona. Pytam, co się stało?

Angielka sprzedała obiecaną dla mnie suczkę Japończykom. Przyjechali do niej po zamówionego pieska, ale gdy zobaczyli suczkę to kupili również ją. Możesz to sobie wyobrazić? Rozumiem jej smutek i rozczarowanie .Jechała specjalnie po to, aby kupić jakiegoś szczeniaczka. Niestety, podczas Cruftsa dziesiątki psów kupowane są przez gości z całego świata, a Japończycy nie liczą się z kosztami Nierzadko zdarza się że kupują psy będące czołowymi egzemplarzami. Czasami jest to nawet zwycięzca Cruftsa.

Zaglądamy z Agatą do stoiska Klubowego, już z daleka słychać Hankę i Darka. Oboje podejrzanie zadowoleni.

- Słuchaj – Hanka promienieje – przedstawiam ci panią Sue Mitchel, Vice-przewodniczącą Gordon Club w Szkocji, hodowcę, sędziego, sokolnika. Dostaliśmy właśnie zaproszenie na przyszły rok na Field Trialsy do Szkocji .Masz za zadanie zorganizować następny taki wyjazd!- oznajmia mi groźnie .Patrzę na nią w zdumieniu.

- Wymyśliliśmy już następny wspólny wyjazd – mówi Hanka – nic nie mów tylko słuchaj. Najpierw pojedziemy na 3 dni do Szkocji obejrzeć Field-Trialsy, potem mamy jeden wolny dzień, który przeznaczymy na zwiedzanie wybranych szkockich hodowli. Wracamy akurat w terminie Cruftsa 2001, więc trzeba będzie zatrzymać się w Birmingham. Co ty na to?

Nim zdążyłam rozsądnie rozważyć tę propozycję, poczułam wszechogarniającą radość i zgodziłam się. Tak więc za rok, mam nadzieję, następna relacja z Cruftsa oraz reportaż z Field Trialsów w Szkocji.

Jadwiga Konkiel